kwitnące drzewa

Zupełnie nie wiem, o czym będzie ten wpis

Tego posta w ogóle miało nie być. Jeszcze minutę temu nie miałam pojęcia, że powstanie. A jednak istnieje, bo go piszę, a Ty go czytasz. (Bardzo schizofrenicznie to wyszło, tym bardziej, że naprawdę piszę to zdanie na samym początku).

Miałam zaplanowany inny wpis – dopracowany, merytoryczny, z żarcikami sytuacyjnymi i jakąś tam historyjką z mojego życia. Ale przesunę go w kolejce, bo mam przeogromną potrzebę napisania czegoś innego. W zasadzie sama jeszcze nie wiem, o czym. Tak wiele myśli kotłuje mi się w głowie, że nie wiem jeszcze, w którą stronę mnie pociągną i który kierunek wybierze moja podświadomość. Ale jestem szalenie ciekawa. Jeśli Ty też, to zapraszam, popłyńmy razem!

Co się takiego wydarzyło, że to piszę?

Ano byłam na spacerze. Mój pies obudził się z popołudniowej drzemki i zaczął marudzić, oznajmiając, że najwyższa pora na siku i spacer. No więc poszliśmy na siku i spacer.
Nie chciało mi się okrutnie. Było zimno, szaro i ponuro. Byłam w trakcie robienia czegoś ważnego (przeglądania Instagrama), a po drodze zdążyłam się pokłócić z mamą. Jak przystało na osobę pracującą z emocjami, rozwojem duchowym i medytujacą, zachowałam spokój i opanowanie w naszej trudnej wymianie zdań. Przez jakieś pięć minut. Dopiero potem się pokłóciłyśmy.
Ale gdy pokonaliśmy te wszystkie trudności, znaleźliśmy się w końcu na zewnątrz i przeszliśmy kilkaset metrów, wydarzyło się coś dziwnego. Uświadomiłam sobie, że to najładniejszy spacer, na jakim byłam od dłuższego czasu!

Wiatr, który jeszcze przed chwilą świszczał niepokojąco, teraz ustał. Czyste powietrze przyjemnie orzeźwiało mój umysł. Pojawiło słońce. I to jakie słońce! Ogromne, piękne, zachodzące i nadające wszystkiemu dookoła miękki, pomarańczowy odcień. Grzejące zmarznięte policzki. Nagle ze spaceru, który zaczął się jako wymuszony i wymęczony, stałyśmy się świadkami przepięknego spektaklu przyrody.

I gdy już wróciłam do domu, zrobiłam sobie herbatę i ogrzałam zmarznięte ręce, zaczęłam się zastanawiać.

Czy ten spacer byłby tak samo cudowny, gdybym poszła na niego z nastawieniem, że to MA być najlepszy spacer w moim życiu? Czy zajęta czekaniem na te idealne okoliczności, nie przegapiłabym tego słońca? Czy nie skupiłabym się na tym, że jest mi zimno, że zostawiłam szalik na parapecie, że wyszłyśmy za późno, jest ciemno i zdjęcia nie wychodzą tak, jak powinny? Przecież każde z tych stwierdzeń było prawdziwe, a mimo to, teraz, pisząc ten tekst, myślę tylko o tych dobrych stronach. O pomarańczu. O orzeźwieniu. O zachodzie słońca.

Do czego w ogóle zmierzam?

Tak bardzo chcę. Tak bardzo chcę żeby było dobrze. Tak idealnie. Tak jak sobie wymarzę i zaplanuję. A w czym, jak w czym, ale w planowaniu to ja jestem doskonała! Potrafię sobie wszystko zaplanować – skrupulatnie i krok po kroku. Rozpisać w równych tabelkach w Excelu, zaznaczyć kolorami, wymyślić system do śledzenia i oceniania postępów. A potem to jeszcze zwizualizować, dokładnie tak, jak to tłumaczą guru prawa przyciągania. Ale finalnie okazuję się, że jestem tak zajęta moim planem, wizją czy wyobrażeniem, że zapomniałam przeżywać to w rzeczywistości!
Pamiętacie mój pierwszy wpis, gdzie pisałam o tym, jak wygląda moje zgłaszanie się do konkursów? O tym, jak to planuję, planuję, a potem… a, nie będę spojlerować, doczytaj sama albo sam.

Ostatnio ciągle chodzi mi po głowie jedno hasło: „odpuszczenie”.

Po angielsku brzmi to lepiej i „letting go” albo „surrender” bardziej ze mną rezonuje, ale przekaz jest ten sam.
W teorii znałam jego znaczenie. Przecież przeczytałam tyle mądrych książek, mam wiedzę i merytoryczne przygotowanie. Ale do tej pory nie wiedziałam, co ono oznacza w praktyce. Do tej pory nie wiedziałam, że robię wszystko źle. Że „odpuścić”, to naprawdę oznacza „odpuścić”: że trzeba puścić kumulowaną do tej pory energię, pozwolić jej działać i przynosić efekty, na które zapracowałam. Wydawało mi się, że jak raz na jakiś czas jeszcze sprawdzę, jeszcze tylko coś trochę poprawię, ulepszę, sprawdzę, to efekty, które uzyskam, też będą lepsze. Zupełnie nie dopuszczałam do siebie faktu, że ta drobna poprawka tu i tam, stopniowo przeradza się w obsesję kontroli.

Ta potrzeba kontrolowania stoi w sprzeczności z uważnością, którą tak staram się kierować w życiu. Ale jak mogę być uważna i skupiać się na chwili obecnej, skoro z tyłu głowy ciągle dobijają się do mnie moje oczekiwania?

Jeśli ktoś zgubił się w moich zawiłych rozważaniach, to bez obaw, ja też.

Sprawdźmy je na konkretnym przykładzie.

Medytacja
Ostatnio podczas medytacji tak bardzo chciałam idealnie oczyścić umysł, że przez całą praktykę powtarzałam sobie „przestań myśleć o głupotach, to nie jest teraz ważne”. Wręcz krzyczałam na siebie, zupełnie jak kapral w wojsku. Nikogo chyba nie zdziwię pisząc, że finalnie skończyłam medytację bardziej zmęczona niż wcześniej?

Albo ten blog.
Ten blog jest świetnym przykładem.

Pisząc pierwszy tekst, pisałam go z potrzeby chwili. Cały dzień słuchałam Ralpha Kaminskiego i jakaś część mnie nieśmiało wspomniała, że ja też mogłabym być artystką. Może nie tak doskonałą jak on, ale jednak artystką. No więc pisałam, a z każdym słowem byłam coraz bardziej szczęśliwa i spełniona. To szczęście i spełnienie utrzymywało się jeszcze przez kilka dni, podczas których tworzyłam kolejne teksty i urwało się gwałtownie w jednym momencie – założenia bloga.

Nagle przestałam pisać tak po prostu, dla przyjemności, żeby mieć zapiski swoich przemyśleń. Okazało się, że mam kolejny projekt, który muszę zaplanować i wykonać.

Wykonać idealnie oczywiście. Momentalnie wróciłam do tego, co potrafię najlepiej – zaczęłam planować. I poprawiać. Korygować to, co napisałam. A potem promować bloga. Sprawdzać statystyki. I znowu pisać. Poprawiać. Po raz kolejny sprawdzać rosnące liczby i przepisywać je do Excela. Po raz kolejny poprawiać to, co już napisałam. Publikować. Obserwować tabelki. Poprawiać.

W tym (bardzo krótkim procesie) zdążyłam zgubić to, dlaczego zaczęłam w ogóle pisać bloga. Nie zdążyłam się nacieszyć możliwościami, jakie on daje, bo od razu skupiłam się na planie i na tym, żeby wykonać go najlepiej, jak potrafię. Zapomniałam, że moją pierwszą motywacją było to, że chciałam dzielić się z ludźmi moimi odczuciami. I kto wie, może nawet znaleźć kogoś, kto myśli i czuje podobnie? Kogoś, kto uzna, że to, co tworzę jest wartościowe; kogoś, kogo po czasie będę mogła nazwać przyjaciółką albo przyjacielem?

Nie zostawiłam sobie przestrzeni na oddech, na spokój, na to, żeby ta moja twórczość dojrzała i poszła w świat. Tak kurczowo ją trzymałam i bałam się puścić, że nie pozwoliłam jej rozwinąć skrzydeł. No więc mam nadzieję, że ten tekst będzie takimi skrzydłami i poleci daleko ponad moimi wyobrażeniami. Bo zamierzam nie zaglądać tu cały dzień. Zostawiam Was dzisiaj samych. Bawcie się grzecznie!

A ja idę czytać książkę. O odpuszczaniu.

6 komentarzy

  • Justyna

    Masz rację, bo często to właśnie spontaniczne działania potrafią nas najbardziej zaskoczyć pozytywnymi efektami. Natomiast jak wszystko w życiu mamy idealnie zaplanowane, wszystko robimy po coś i w jakimś konkretnym celu, to też oczekujemy konkretnych rozwiązań, więc jak coś pójdzie nie tak to potem jest duże rozczarowanie. Ale oczywiście myślę, że całkowity zwrot w drugą stronę też nie jest dobry, bo planowanie bywa jednak bardzo przydatne, zwłaszcza jak coś po prostu trzeba zrobić 🙂

  • M. na zakręcie

    Ostatnio mam podobną myśl „Odpuść sobie, bez przesady” – tylko tu mam stresującą wizję, że wszystko ma być po mojemu, że czasami przesadzam ( głównie mam tu na myśli wychowywanie syna). Jestem ostatnio zmęczona, on chyba mną też i nie możemy razem ze sobą wytrzymać (jeny, on ma niespełna 3 lata), ale chyba za dużo czasu spędzamy razem – jeszcze ten wirus…
    Także ja chętnie czerpię energię z takich właśnie błahostek jak spacer, jak niezaplanowana zabawa.
    Pozdrawiam.

    • karolowanka

      Doskonale Cię rozumiem, też mam zakodowane w głowie, że musi być po mojemu. Ale uczę się odpuszczać, ostatnio coraz częściej nie robię nic na siłę i obserwuję, co się stanie. I okazuje się, że nie dzieje się nic strasznego 😉 Tobie też życzę powodzenia, bo chociaż nie mam dzieci, to wyobrażam sobie, że wychowanie takiego małego człowieka to musi byc ciężka praca <3

  • Patrycja

    Och, dokładnie, jak dobrze byłoby czasem odpuścić i naprawdę czuć to co się dzieje dookoła. Dla odmiany te dobre rzeczy, a nie tylko ciągle bieg za wymaganiami… I niby chce się coś zmienić, ale zaraz znowu coś mąci umysł 🙂
    Pozdrawiam

  • Pani Zdrowego Rozsądku

    Odpuścić sobie to wielka sztuka. Kontrolować nie warto. Czytałam ostatnio pewną książkę o swobodnym ale uważnym życiu. Był tam tekst o tym, że wszechświat sprzyja wędrowcom. W obecnej sytuacji jestem skłonna twierdzić a raczej utwierdzić, że istnieje Ktoś nad wszechświatem i ma go pod kontrolą. Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *