Czy zakupy w małych miastach są bezpieczniejsze?

Od kilku lat mieszkam w Warszawie. Konkretnie w Mordorze. Dla tych, którzy mniej znają topografię Warszawy (wolałabym uniknąć warszawocentryzmu), Mordor to zagłębie poważnych biur, należących do poważnych firm, gdzie pracuje prawie milion równie poważnych ludzi. Nawet nie ludzi – specjalistów. W korporacjach każdy jest specjalistą. Oprócz managerów i asystentów.

W połowie marca przeniosłam się jednak do domu moich rodziców. Kazali mi tu przyjechać po otrzymaniu dziesiątek coraz to straszniejszych informacji o zamykaniu miast, wojsku na ulicach i godzinach policyjnych. Wszystkie pochodziły oczywiście z pewnych, sprawdzonych źródeł. Jak więc mogłam im nie ulec?

Dom ten znajduje się w Słoikowie.

Słoikowo to miasteczko położone niedaleko od Warszawy, które ma kilka tysięcy mieszkańców, utrzymuje się z rolnictwa, a jego centrum znajduje się tam, gdzie kościół i Biedronka.

Bardzo lubię to moje Słoikowo. Jest w nim jakaś sielskość, spokój, ale też duma i patriotyzm lokalny. Każdy ma swój przydomowy ogródek, o który dba i w którym regularnie podlewa trawę (to jedno z tych miejsc, do których globalne ocieplenie jeszcze nie dotarło). Każdy też ładnie się ubiera, gdy ma wyjść na miasto.
Słoiczanie jednak nie cechują się jakimś wybitnym pragnieniem zdobywania wiedzy czy poznawania świata. I o ile normalnie zupełnie mi to nie przeszkadza, to w kontekście pandemii koronawirusa temat ten stał się aktualny – w końcu tyle się mówi o odpowiedzialności zbiorowej.

Ciągle słyszymy, że to od nas samych zależy, jak potoczy się epidemia. Wrzucamy więc zdjęcia oznaczone hashtagiem #zostańwdomu, uprawiamy social distancing, home officing i myjemy ręce co najmniej po skorzystaniu z toalety.

Z tym większą ciekawością wybierałam się na moje pierwsze zakupy w czasach koronawirusa. Było to jednocześnie moje pierwsze wyjście z domu od dwóch tygodni (nie żeby to był mój życiowy rekord), więc nieco zaszalałam z przygotowaniami.

Jest taki mem, który porównuje to, jak ludzie wyobrażali sobie strój na apokalipsę (strój superbohatera/seksownej agentki*) z naszymi aktualnymi strojami (kto nie spędził ostatnio chociaż jednego dnia w piżamie, niech pierwszy rzuci pilotem do telewizora).
U mnie było coś pomiędzy. Postawiłam na strój efektowny, ale też ochronny. Fryzurę zainspirowaną Larą Croft zakryłam, z bólem serca, kapturem. Zaopatrzyłam się w kilka zestawów rękawiczek. Twarz zasłoniłam maską, a oczy okularami. Na tym etapie w głowie nuciłam już „thug life”, a oczami wyobraźni widziałam złoty łańcuch na swojej szyi.
W kieszeni dzierżyłam też dodatkową ochronę w postaci miotacza ognia (to znaczy płyn dezynfekujący).

Czułam moc. Byłam gotowa na wojnę. A konkretnie na wyprawę do Biedronki.

Do sklepu weszłam w bojowym nastroju.

Zdezynfekowawszy rączkę sklepowego wózka, przestąpiłam próg pola bitwy. W myślach powtarzałam zasady, których nauczyłam się z amerykańskich filmów wojennych.
„Pamiętaj, że każdy może być wrogiem.” „Idź pewnie, nie zatrzymuj się nawet na sekundę.” „Wyglądaj na zdecydowaną.” „Miej plan działania.” „Wybiegaj myślami o krok do przodu.” „Co na twoim miejscu zrobiłby twój przeciwnik?”

No właśnie, przeciwnik – jakie było moje zdziwienie, gdy zauważyłam, że wszyscy napotkani ludzie wyglądali dokładnie tak samo, jak ja!
Każdy, zaopatrzony w największy wózek, żeby zmieścić tam zapasy na najbliższe dwa tygodnie, przemykał przy ścianie.
Kontakt wzrokowy? Zapomnij, wrogowi się w oczy nie patrzy. Twarze? Zasłonięte maskami albo, jeśli kogoś nie było stać na jednorazową maseczkę za 10 zł, szalikami.

To był pierwszy raz, kiedy podczas całych zakupów nie zostałam szturchnięta, ani popchnięta. Nikt nie prosił o podanie siateczki. Nikt nie chciał sięgnąć po jogurt z lodówki. Wszyscy czekali pokornie, aż zapakuję do wózka 10 kostek tofu i zdecyduję się między zwykłym a wędzonym. Więcej, każdy się wzajemnie przepuszczał w co ciaśniejszych alejkach! Kolejki? Po raz pierwszy nie widziałam nikogo przekraczającego specjalne linie przy kasach.
To zdecydowanie były moje najlepsze zakupy w życiu i po raz pierwszy (oraz ostatni) przyłapałam się na myśli, że ten koronawirus nie jest w sumie taki zły.

Wróćmy jednak na chwilę do Warszawy…

…bowiem kilka dni temu miałam tam do załatwienia sprawunki.

Warszawa. Moja Warszawa! Nadwiślański świt. Stolica. Wykształceni ludzie. Biznesowa dzielnica. Oto, co udało mi się zauważyć (albo właśnie nie zauważyć) na ulicy:
– maski: sztuk dwie
– rękawiczki: 0 (słownie: zero)
– rodzice na spacerach z dziećmi: dużo
– niezachowane odstępy w kolejkach: wszędzie
– usta zasłonięte przy kichaniu: zero
– kasłanie w przestrzeń przed siebie: wszędzie (przodowały w tym starsze panie)
– ubrudzone buty, bo wolałam iść po trawie, niż chodniku: jedna para

Co z tego wynika?

Czy ludzie w małych miastach bardziej przestrzegają zasad bezpieczeństwa kwarantanny? Bardziej wierzą naszemu rządowi i łatwiej im dostosować się do ich zaleceń? A może mieszkańcy dużych miast są po prostu lepiej wykształceni, więc nie wpadają w niepotrzebną panikę? Czy trudniej ich omamić?

Szczerze? Nie mam pojęcia. Nie mam też wiedzy, danych, umiejętności, ani nawet ochoty, żeby się zająć tym tematem.
Jeśli ktoś liczył na rzetelną analizę socjologiczną, albo chociaż na wypowiedź eksperta, to muszę go rozczarować. Ja po prostu szukałam inspiracji do kolejnego wpisu do dziennika. A zakupy w czasach koronawirusa są moim najciekawszym zajęciem i potrzebowałam pretekstu, żeby je opisać. No więc opisałam.

**UWAGA SPAM** Jeśli chcecie być na bieżąco z nowymi postami, to zapraszam do polubienia mojego Facebooka klik lub Instagrama klik Dziękuję! **KONIEC SPAMU**

5 komentarzy

  • Poszukiwacze słońca

    Mam podobną sytuację, bo w chwili obecnej przebywam na wsi, a na co dzień mieszkam w Krakowie i faktycznie jest widoczna różnica pod względem zachowań ludzi. Ale może trochę dlatego, że w mieście, gdzie większość ludzi mieszka w blokach, kamienicach, to obecnie nawet nie ma gdzie wyjść, co najwyżej na balkon. Więc nawet już pomijając epidemię, to dla mieszkańców miast te parki, ulice czy sklepy są pewnie dość istotną częścią życia. A na wsi wychodzi się najczęściej na swoje podwórko, a czasem do sklepu i do kościoła, bo gdzie indziej i tak nie ma gdzie 😉

  • Pani Zdrowego Rozsądku

    Dziękuję za ten wpis. Relacje z robienia zakupów mam ostatnio jedynie od męża. Mieszkamy w mieście wojewódzkim i świadomość ludzi na temat korzystania ze środków ochrony osobistej jest chyba przyzwoita. Ludzie reagują różnie na maseczki i rękawiczki, odwiedziny i spotykanie się z ludźmi. W zależności w co i komu uwierzą, takie wyrabiają sobie opinie na temat ewentualnych zarażeń siebie lub innych. Warto pamiętać, że jesteśmy „ekspertami” do spraw katastrof, piłki nożnej, koronawirusa i wielu innych problemów, z którymi świat sobie nie radzi 😉

  • M. na zakręcie

    Podsumowanie bezbłędne 😀
    U mnie z kolei bardzo spokojnie na wiosce (ale jest to Turyngia w Niemczech). Ludzie nie panikują, jest ich mniej. Mam wrażenie, że u nas nieco „głupkowaty” naród i wierzymy we wszystko co pokazują czy mówią w TV, natomiast świat korporacji to „wyścig szczurów” i brakuje im czasu na zakładanie rękawiczek, czy siedzenie w domu. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *