Szkoła Główna Handlowa

Piszę to, żeby wygrać konkurs

Dzisiaj stało się coś dziwnego. Moja artystyczna część osobowości obudziła się do życia i zaczęła domagać o chociaż odrobinę uwagi i dopieszczenia. W związku z tym, że w trakcie kwarantanny miałam być dla siebie dobra i słuchać swojego wewnętrznego głosu (czymkolwiek by on nie był), usiadłam przed notatnikiem i zaczęłam pisać. Rzeczywiście, już po tych kilku napisanych zdaniach, ta, jeszcze przed chwilą, głośna część, nagle ucichła. Czy to dobry znak? Jest już zadowolona? A może jednak uznała, że i tak nie dam rady zaspokoić jej potrzeb, więc nie ma sensu się domagać?

Zabawne, to okrutnie przypomina mi moje bardziej lub mniej romantyczne relacje. Ludzie najpierw intensywnie nalegają na moją uwagę, kontakt, spotkania, żeby szybko ucichnąć. Czy cichną ponieważ tak szybko zaspokoiłam ich potrzebę uwagi? Czy może uznali, że nie jednak nie jestem tym, czego szukają?

Naszła mnie jeszcze jedna refleksja o relacjach – w przeciwieństwie do tych romantycznych, moja relacja z pisaniem trwa już od wielu lat. Jest przerywana, często w bardzo brutalny sposób. Trochę zakurzona, trochę zastała, jak stawy, które dawno nie były ćwiczone, ale trwa. I w przeciwieństwie do innych relacji, do tej z pisaniem wracam chętnie. Nieco niepewnie, jakbym się zastanawiała, czy nadal potrafię to robić, czy nie potrzebuję jakiegoś przypomnienia albo skróconej instrukcji.

Dokładnie o tym samym myślę na chwilę przed pierwszym pocałunkiem po długiej przerwie. I w obu przypadkach okazuje się, że niepotrzebnie się martwiłam, bo wszystko doskonale pamiętam. Może to tak, jak z jazdą na rowerze – gdy się raz tego nauczy, to nigdy się nie zapomina? A może chodzi raczej o naturalne, wrodzone predyspozycje?

Obie teorie wydają mi się równie głupie w kontekście pisania. I pocałunków również.

Ale ktoś mógłby się teraz zapytać czemu ja to w ogóle piszę i publikuję na blogu

Odpowiedź brzmi: znalazłam konkurs.

Kocham konkursy. Kocham przygotowywać sie do konkursów. Kocham układać plany działania. Kocham czuć spełnienie po tym, jak uda mi się ten plan wypełnić. A najbardziej kocham lamentować nad tym, że zapomniałam (specjalnie czy to celowo – nieistotne, proszę nie pytać) się do tego konkursu zgłosić.

Niedawno wygrałam konkurs zorganizowany przez mojego ulubionego człowieka, autora i terapeutę, którego od lat śledzę w internecie. Nagrodą była niby zwykła rozmowa, ale jakże dla mnie ważna! Przełomowa wręcz; ubzdurałam sobie w głowie, że po niej moje życie się zmieni, albo wręcz zacznie na nowo. Poryczałam się ze szczęścia, jak dostałam maila z wynikami. Płakałam pisząc odpowiedź. Chlipałam chwaląc się tym siostrze. A na końcu ryczałam, bo zabrakło mi odwagi, żeby rzeczywiście z owym człowiekiem porozmawiać.

Ale wracając do mojego nowo odkrytego konkursu. Pewna uczelnia (vide nagłówek) chce nagrodzić 15 tysiącami złotych autora najlepszego kwarantannowego dziennika. I tak oto, dzięki scrollowaniu internetu, znalazłam inspirację i projekt na nadchodzące dni. Będę pisać dziennik kwarantanny.

Moi drodzy, dzisiaj mija mi 13 dzień kwarantanny.

Zostało jeszcze około 17 (stan na połowę marca, gdy to pisałam, teraz dane trochę się pozmieniały). A taki bajzel panuje w moim kwarantannowym mózgu. Zdecydowanie nie wyślę tego na konkurs. Ale będę cieszyła się samym procesem.

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *