wspinanie

Czy w czasie epidemii musimy się odchudzać?

Od wielu lat należę do ruchu body positivity i zawsze wydawało mi się, że jestem w miarę świadomą osobą. Jednak ostatnio okazało się, że o ile akceptacja innych przychodzi mi stosunkowo gładko, o tyle w stosunku do siebie stosuję trochę inne standardy.

Zrobiłam właśnie cudowną praktykę jogi (to znaczy w trakcie nie byłam taka szczęśliwa), pomedytowałam, a teraz jem zupę z tofu. Patrzę na drzewa, słucham ptaków i jestem bardzo dumna. Dumna z tego, jak dobrze się ostatnio traktuję i jak długą drogę przeszłam w kierunku samoakceptacji.

Od wielu lat należę do ruchu body positivity, ale o samym jego istnieniu dowiedziałam się stosunkowo niedawno.

Co to w ogóle znaczy? Zawsze podświadomie czułam, że dopóki ktoś nie ingeruje w moje życie, może robić wszystko, na co tylko ma ochotę, a ja nie mam prawa go za to skrytykować. (To znaczy mogłaby to zrobić, ale ze świadomością,że nie jest to zbyt miłe.)

W momencie, kiedy trafiłam na Kaję, autorkę strony Ciałopozytyw, zobaczyłam, że nie jestem w moich przekonaniach odosobniona. Okrutnie mnie ten fakt ucieszył! Potem jednak Kaja zaczęła publikować też tematy, które nie do końca rozumiałam. Po chwilowym okresie buntu („jednak głupie te ciałopozytywizmy”), udało mi się otworzyć odrobinę głowę i trochę bardziej serce i teraz nic nie jest mi straszne.

Dzięki tej ciałopozytywnej edukacji wydawało mi się, że jestem w miarę świadomą osobą. Jednak ostatnio okazało się, że o ile akceptacja innych przychodzi mi stosunkowo gładko, o tyle w stosunku do siebie stosuję trochę inne standardy.

Ale najpierw historia.

Gdy usłyszałam o tym, że z powodu epidemii powinniśmy ograniczyć wychodzenie „na miasto”, niezmiernie się ucieszyłam. Nie tylko dlatego, że jestem introwertyczką, ale też dlatego, że mój mózg od razu wygenerował plan pod tytułem „produktywność”. Stało się to na poziomie podświadomym, nie była to moja decyzja. Automatycznie przymusowa izolacja skojarzyła mi się z tym, że mogę ten czas wykorzystać robiąc coś pożytecznego. A jeśli mówimy o czymś pożytecznym, to w moim przypadku oznacza to dwie rzeczy: nadrabianie studiów (co jest rozsądne) oraz zadbanie o swoją kondycję fizyczną.

I tutaj zaczynają się schody.

Dbanie o kondycję fizyczną początkowo oznaczało dla mnie codzienną praktykę jogi, żeby trochę wzmocnić mięśnie i uspokoić umysł. Następnie pojawiło się zdrowe jedzenie. Jakoś tak między artykułami o wpływie odżywiania na odporność a przeglądaniem portali plotkarskich i lifestylowych, z naszego domu zniknął cukier. A potem w ogóle zaszalałam: odmówiłam jedzenia pieczywa, notowałam w głowie, wszystko, co zjadłam i skupiłam się na codziennych treningach z ciężarami.

Czy to planowałam? A w życiu! Wszystko to zadziało się na zasadzie lawiny. Jeden kamyczek popchnął drugi kamyczek; razem wpadły na kamień i poruszyły wielki kamulec, który to runął w dół zbocza z ogromną prędkością zabierając ze sobą cały gruz leżący po drodze. I tak toczyły się, aż wpadły na przeszkodę. A konkretnie na moje kolano. Podczas kolejnego z moich ambitnych treningów, źle złapałam hantle, krzywo wstałam i poczułam ból w kolanie. A nawet obu. Mam więc przymusową przerwę. A gdy restuję i nie ćwiczę, do głowy przychodzą mi różne, dziwne myśli.

Pchana jedną z nich, odpaliłam Google i wpisałam:

„Jak nie przytyć w czasie kwarantanny?”

Trochę dla żartu, trochę z przekory. Moim oczom ukazały się setki artykułów tłumaczących ludziom, co mają zrobić, żeby wyjść z kwarantanny jako lepsza i ładniejsza wersja ich samych.

Rozwiązań jest mnóstwo: skakanka, joga, interwały, błonnik, odżywki białkowe i spalacze tłuszczu, które uczynny sklep wysyła nie pobierając kosztów transportu. Dalej: bieganie dookoła ogrodu, pajacyki na balkonie, niejedzenie podczas oglądania seriali, poszczenie, dieta keto, dieta Dąbrowskiej, więcej pajacyktów i tak dalej.

I o ile większość z tych porad jest całkiem sensowna, to łączenie ich z epidemią koronawirusa wydało mi się średnio etyczne. I zaczęłam zastanawiać się dalej. W tym momencie, dokładnie teraz, kiedy to piszę, istnieją osoby, które walczą o życie – swoje lub cudze. Istnieją też ludzie, którzy walczą o to, żeby nie przytyć, bo wtedy przestaną pasować do tego idealnego świata. Absurd! 

Zdaję sobie sprawę z tego, że to, co piszę, nie jest odkrywcze. Wiem, że media rządzą się swoimi prawami – będą pisały, i tworzyły to, co się klika, ogląda, przynosi zyski. Innymi słowy to, co jest kontrowersyjne i budzące emocje, nie zawsze te pozytywne. Obecnie mamy też nieograniczone źródła wiedzy, powinniśmy mieć większą świadomość i wiedzę o tym, jak filtrować odbierane informacje. Ale tak się jednak nie dzieje. Wszystkie te głupie artykuły nadal znajdują się na pierwszych stronach serwisów, a hasła w stylu „dieta”, „odchudzanie w domu” ostatnimi dniami notują rekordy w wyszukiwarkach.

Czy moje wywody do czegokolwiek prowadzą?

Raczej nie. Jest wiele źródeł, które opisują obsesję piękna i presję na odchudzanie lepiej i fachowiej. Zwyczajnie zaskoczył mnie fakt, że nawet ja, oczytana i dobrze zaznajomiona z body positivity oraz pułapkami myślenia, dałam się w taką zagonić.

Nie chcę więc nawet myśleć, jak odnajdują się w nich inni. Na przykład czternastolatki, które dopiero wchodzą w dorosłe życie. Od samego początku są bombardowane treściami, które tłumaczą im, jak powinny wyglądać i jak się zachowywać, żeby uchodzić za atrakcyjne. Ale nie musicie.

Pamiętajcie proszę, że nie musicie uchodzić za atrakcyjne w oczach obcych wam ludzi. Znajomych w sumie też nie. Wiem, że to tylko głupie słowa obcej dziewczyny z internetu, ale sama chciałabym je usłyszeć 10 lat temu. Chciałabym usłyszeć, że to, że będę miała płaski brzuch, błyszczące włosy i idealną kreskę na powiekach, nic nie zmieni. Życie nie stanie się od tego lepsze, pełniejsze, ciekawsze. Będzie dokładnie takie samo, po prostu z lepszą kreską na oczach. 

Wracając do tematu. Od tygodnia siedzę na słoneczku i jem mandarynki. I jestem z tego powodu bardzo zadowolona, a nawet prawie przestałam czuć wyrzuty sumienia, że zamiast mięśni wyhoduję trochę tłuszczu.

I tak oto uszkodzone kolano przerwało mój błędny krąg. Mam tylko nadzieję, że szybko wydobrzeje, bo mimo wszystko tęsknię za matą do jogi i rzucaniem ciężarami. W taki zupełnie zdrowy sposób. Chyba.

A Wy, ile już schudłyście podczas epidemii?

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *