kot

Jak uratować oko i zachować spokój ducha w jednym prostym kroku

Dzisiaj w rodzinie mamy ostry dyżur. Krzyk i wrzask niósł się po całym domu, zburzył spokój i postawił wszystkich do pionu. Nikt do końca nie wiedział, co się stało, ale wszyscy wiedzieli, że stało się coś niedobrego. Co? Zupełnie nie miało to znaczenia, wydarzyło się COŚ.

Momentalnie zapomnieliśmy o kwarantannie, o przepełnionych szpitalach, o lekarzach bohatersko poświęcających się dla pacjentów, o starszych paniach odkurzające stare maszyny do szycia, żeby zrobić maseczki. Czymże był ten niewidzialny wirus czyhający gdzieś daleko na ulicy, skoro zagrożenie pojawiło się w naszym własnym salonie.

Czekaliśmy w napięciu na jakieś odpowiedzi. Trzy osoby, dwa psy i kot zgromadzili się dookoła klnącej jak szewc mamy. Czekaliśmy, aż zdradzi nam, co się stało.

I w końcu zdradziła. Coś wpadło jej do oka.

Tak, zareagowałam wewnętrznym face palmem. Tak, pomyślałam, że każdemu zdarzyło się mieć ciało obce w oku i nikt nie doznał z tego tytułu trwałych szkód. Tak, mimo to przybrałam wyraz twarzy, który równie dobrze pasowałby na pogrzeb, bo wszyscy zgromadzeni dookoła mnie mieli na twarzach wymalowane najwyższe skupienie. Oprócz kota. Koty zawsze mają wyjebane.

Jakieś kilka minut i telefon do okulisty później, byłam już gotowa, żeby wspomniane oko uratować. Umyłam ręce, przygotowałam sól fizjologiczną w strzykawce, opracowałam technikę przemywania i… „NIE TO OKO! W OGÓLE NIE UWAŻASZ! W TAKIM RAZIE JA SAMA TO SOBIE ZROBIĘ!!!”

Okrutnie się zdenerwowałam, nawet nie jestem w stanie tego opisać (ale to raczej dlatego, że mi pióro stoporniało przez lata przerwy).
To ja oferuję pomoc, a w zamian dostaję opieprz?!

Momentalnie przypomniały mi się wszystkie sytuacje, w których to moje zmartwienia zostały zbagatelizowane. Poczułam bunt. I złość. I trochę wewnętrznie się zaśmiałam.

Chyba każdy zna ten moment, kiedy bardzo, ale to bardzo chciałby powiedzieć „a nie mówiłam”.

Kiedy mógłby wygarnąć całą tą złość i frustrację, które w sobie nosił od dłuższego czasu, żeby druga osoba dotkliwie by to poczuła. Tak, poczułaby to, co my czuliśmy przez ostatnie X czasu; może zrozumiałaby, jak bardzo było nam nieprzyjemnie. A gdy ktoś, kto wlał w nas negatywne emocje, znajdzie się w pozycji słabości, taka pokusa jest super silna.

Buzuje w nas. Ja odczuwam to jako kulę negatywnych energii rosnącej gdzieś w okolicach żołądka. Kotłuje się, rośnie, drażni mnie od środka, wypełnia i trochę dławi. Wydaje się, że jedynym sposobem na pozbycie się tej kuli jest wyrzucenie jej na zewnątrz, wyplucie jej w twarz komuś, kto stoi naprzeciwko nas.
Oj tak, zawsze mnie to kusi. Kula potrafi przesuwać się w górę w stronę gardła i ust z zatrważającą prędkością. W przeszłości zdarzyło mi się wypluć ją, zanim zorientowałam się, co się wydarzyło. Ale mimo, że kula wyszła na zewnątrz, to wszystko wewnątrz i tak miałam poranione, a dodatkowo poparzyła wszystkich dookoła.
Kilkukrotnie jednak zdarzyło mi się ją powstrzymać, przełknąć i zdusić. Czy taka opcja była lepsza? Też nie, męczyła mnie jeszcze długo, urosła, może i ucichła, ale siedziała w gotowości, żeby obudzić się przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Uczę się, jak to zrobić, żeby ta kula się w ogóle nie pojawiała. Czy to w ogóle możliwe? Szczerze mówiąc, wątpię. Czy to nie jest tak, że złość jest naturalną emocją i hamowanie jej jest bez sensu? Może powinnam, zgodnie z naukami nauczycieli medytacji, jedynie ją obserwować, poznać, zrozumieć?

Ostatnio inspiruje mnie pan o nazwisku Goenka. W jednym ze swoich wykładów powiedział, że w idealnym świecie każdy z nas powinien mieć swojego sekretarza (albo trzech), którzy będą za nami chodzić i ostrzegać „Uwaga, zaczynasz się złościć!”

No więc ja pytam, gdzie mogę wynająć takich sekretarzy? I kto będzie pilnował ich, żeby oni się nie złościli i nie zaburzali mojej aury? Nie wiem, jestem chyba na to wszystko za głupia, a widać, że miesiące spędzone na terapii i medytacji też na niezbyt wiele mi się zdały.

Jak jednak skończyła się ta historia?

Oko zostało uratowane (stan na dzień publikacji), przemyte i przepłukane.

A finalnie i tak jednak się pokłóciliśmy. O kurczące się zapasy rękawiczek. Bo w naszym ostatnim pudełku widać już dno, a w aptece są nie do dostania.

Dla chętnych: artykuł pana Goenki możecie znaleźć tutaj: https://www.dhamma.org/pl/about/art . Jest bardzo ciekawy i dużo mądrzejszy od mojego wpisu

5 komentarzy

  • Madka roku

    Noszę soczewki i potrafię sobie wyobrazić, jaki to ból, gdy coś wpadnie do oka. Ja zawsze w takim wypadku wciskam sól fizjologiczna prosto z ampułki, wygodniej.
    Fajnie się czytało, początek trzymał w napięciu, a opisy rosnącej złości były bardzo prawdziwe. Nie ma chyba na to dobrego rozwiązania. Sytuacja jest trudna i ciężko się nie kłócić, gdy ciągle siedzimy sobie nawzajem na głowie. Życzę dużo pogody ducha i umiejętności odcinania się od zewnętrznych bodźców. Ja, jak już nie mogę trzymać, to wchodzę sobie w swój świat powieści, którą próbuję pisać 😉

  • oczami wiedźmy

    Niestety w tych czasach bardzo łatwo o frustrację. Każdy z nas źle znosi kwarantannę i przymusowe siedzenie w domu. Niecierpliwie czekamy na to, aż sytuacja wróci do normy, a życie nabierze dawnych barw. Nie dajmy się zwariować w tym trudnym momencie. Głowa do góry Autorko 🙂 Co złe, to minie. Tak to już jest.

  • Księżycova

    U mnie w domu jest totalnie na odwrót. Zachowujemy spokój i skupiamy się na pozytywach by przetrwać trudny czas. A takie sytuacje jak opisałaś wyżej zwykle obracamy w żart. Życzę i Wam takiego podejścia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *