Dlaczego wszyscy staliśmy się statystykami?

Moja babcia jest matematykiem. Moi rodzice umysłami ścisłymi. Od zawsze więc słyszałam, że przedmioty ścisłe są najważniejsze na świecie, a od tego, w jakim stopniu opanuję liczenie, będzie zależało moje przyszłe życie.

Dlatego od kiedy byłam małą dziewczynką, najwięcej czasu poświęcałam na naukę matematyki. Codziennie rozwiązywałam kolejne, coraz to trudniejsze zadania; na urodziny, oprócz słodyczy, dostawałam nowe zbiorki z zadaniami, a największą satysfakcję i dumę przynosiłam rodzinie razem z kolejnymi piątkami z klasówek.

Nic więc dziwnego, że wybrałam studia związane z liczbami, a moja pierwsza praca (i w sumie każda kolejna) polegała na ich przepisywaniu, porządkowaniu, dodawaniu i analizowaniu.
Mimo to, moja relacja z królową nauk zawsze balansowała na cienkiej linii między miłością a nienawiścią. Z jednej strony jestem humanistką kochającą pisać, robić zdjęcia i widzącą się w pracy z pieskami. Z drugiej – jednak lubię być świadkiem procesów, w których, zbiór chaotycznych danych nagle się porządkuje, staje logiczny i przedstawia wnioski czy objaśnia procesy zachodzące na świecie. Fascynuje mnie też statystyka czy ekonometria, chociaż wątpię, czy kiedykolwiek opanuję te dziedziny nauki. Pomimo sześciu lat studiów i regularnej lekturze Janiny Daily.

Statystki.

To właśnie o nich dzisiaj myślałam i ich temat chciałabym poruszyć. Bo wydaje mi się, że nawet w życiu humanistów, matematyka i statystyka odgrywają w ostatnim czasie bardzo duże role.

Gdy po raz pierwszy usłyszeliśmy o koronawirusie, jeszcze w zeszłym roku, naszą wiedzę opieraliśmy na bardzo suchych i mało wymownych artykułach. Każdy z nas prawdopodobnie słyszał o dziwnej chorobie podobnej do grypy, która dopadła już 100 anonimowych Chińczyków. Natychmiast pojawiły się żarty o jedzeniu nietoperzy, a zaraz za nimi kolejne kilkaset przypadków. Następne były żarty z jedzenia psów, a do liczby przypadków dopisano jedno zero.
A potem wszystko posypało się lawinowo.

Gdy koronawirus przedarł się do Europy, powstała strona internetowa zbierająca wszystkie istotne dane w zgrabne tabelki. Tabelki te strasznie przypominają mi klasyfikacje medalowe na olimpiadzie albo inne wyniki sportowe.
Chorzy, zmarli, ozdrowieńcy. Złoto, brąz, srebro.

Na początku marca, gdy jeszcze miałam pracę, przechadzając się po open space w moim biurze, połowa monitorów wyświetlała właśnie tę tabelkę. Trochę się wszyscy z tym kryli, trochę wstydzili, ale zapytani o liczbę zgonów w Korei Południowej, odpowiadali bezbłędnie i z wypiekami na twarzy. Właśnie – o liczbę. Bo przez dłuższy czas koronawirus był dla nas właśnie tym. Liczbą. Procentem. Statystykami. Patrzyliśmy na niego z perspektywy śmiertelności, przypadków, zaraźliwości, a nie realnego zagrożenia.
0,1%, 80 tysięcy, R0 równe 2,5. Zielona Góra, Bergamo, Wuhan.

Potem nadeszła pora na pierwszy polski przypadek.

Jeden. W końcu nie musieliśmy ekscytować się cudzymi liczbami, mieliśmy swoje! Nasze, własne, polskie, narodowe! I w końcu dołączyliśmy do tej tabelki, do tej rywalizacji między krajami. Najpierw byliśmy oczywiście daleko w tyle, ale potem zaczęliśmy piąć się w górę, a wraz z naszą pozycją w tabeli rosła ekscytacja wśród mocich współpracowników, którzy już nawet nie kryli się ze swoim nowym hobby.

Kiedy wróciłam do rodziców, myślałam, że uda mi się uciec od tych liczb. Wiadomo, na wsi to i internet jest słabszy, więc może strona się nie załaduje? Niestety, nie dość, że internet działał tak dobrze, jak w stolicy, to okazało się, że cała moja rodzina też ową tabelkę zna i obserwuje. Zadrzały się chwile, kiedy nagle, podczas wspólnego obiadu, mój ojciec z ekscytacją informował o kolejnych liczbach: „Słyszałaś?! 128 osób! 256! 789 chorych! 15 umarło! UMARŁO! NA ŚMIERĆ!”

Na jednej grupie na Facebooku, które jestem częścią, pewien chłopak codziennie wrzucał cyferkę oznaczającą kolejną śmierć w Polsce. Początkowo wszyscy reagowali śmiechem. W końcu temat koronawirusa jest tak rozdmuchany, warto zachować trochę dystansu i poczucia humoru, prawda?
Gdy postów zaczęło pojawiać się kilka dziennie, a cyfry zamieniły się w liczby, nikt się już nie śmiał. Pojawiły się nawet głosy, że może już wystarczy, że ile można ciągnąć tą głupią wyliczankę. Chyba wszyscy, nawet ci, którzy generalnie lubili być w opozycji do wszystkiego i alternatywni, nagle zauważyli, że za każdą z tych liczb stoi człowiek. Rzeczywiście, może i był to anonimowy 67-latek pochodzący Bydgoszczy z „chorobami współistniejacymi”, ale nadal człowiek.

Mija mi właśnie piąty tydzień (większej lub mniejszej) izolacji.

I od jakiegoś czasu tych liczb przewija się w moim życiu jakby mniej. Pierwsze dni wypełnione były łapaniem się każdej informacji, na jaką natrafiłam, ale nic nie było w stanie zaspokoić tej niezdrowej fascynacji. A może niepokoju? Dyskomfortu? Sama nie wiem, czym spowodowany był ten głód wiadomości.

Z czasem jednak nauczyliśmy się żyć w nowej rzeczywistości i chyba przestała być dla nas taka nowa, spowszedniała. Człowiek, jak najdoskonalszy pasożyt, znowu dostosował się do zmiany warunków.

W internecie, w telewizji, w rozmowach, liczby zeszły na dalszy plan. Może nie robią już na nas wrażenia? Może się na nie uniewrażliwiliśmy? Może znaleźliśmy w sobie jakieś pokłady wrażliwości? A może w czasach, gdy wirus był jeszcze poza granicami naszego państwa, próbowaliśmy wyśledzić go między wierszami tabeli. Teraz nie musimy go już szukać, jest na wyciągnięcie ręki.


Nie znam odpowiedzi na te pytania. Wiem tylko tyle, że właśnie pobieram plik z danymi o chińskich przypadkach chorych i zmarłych na COVID-19. Zamierzam się później uczyć na nich analizy danych. Trzymajcie proszę kciuki!

5 komentarzy

  • Love in Home

    Właśnie wczoraj o tym myślałam, że tych wszystkich informacji wokół zrobił się mniej, jak też jakoś mniej tym wszystkim żyję. Cały czas żyjemy ostrożnie, nie narażamy się, siedzimy w domu, ale tak trochę ciszej się zrobiło. Czekam aż to wszytko się skończy żeby w końcu swobodnie wyjść z domu, pojechać do rodziny, wyjechać i odpocząć 🙂

  • Life by Kadia

    Ja łapię się na tym, że obliczam jaki jest procent umieralności i czy jest lepiej czy gorzej. Matematyka chyba za mocno siedzi mi w głowie, ponieważ jak widzę cyferki to muszę coś policzyć.

    • karolowanka

      Mam dokładnie to samo! Uff, cieszę się, że nie jestem w tym sama 😉 Kiedyś nawet podczas biegania przeliczałam kilometry na minuty i jednocześnie, jak bardzo muszę przyspieszyć, zwolnić itd 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *